Wspomnienia "byłego zomola"

    W połowie lat 80-tych byłem zomowcem w Poznaniu. Jednostka była w sile pułku, przy której istniał pluton specjalny. Funkcjonariusze PS byli z reguły zawodowymi milicjantami, ale bywali też chłopaki ze służby czynnej, których po przejściu testów sprawnościowych do plutonu przyjmowano. Służba w PS była ochotnicza. Z zasady funkconariusze slużby czynnej zostawali na stałe w plutonie, bo warunki były świetne, a o terroryźmie w obecnym wydaniu nikt nie słyszał. Za rok slużby nabywali 1,5 roku wysługi. Były to czasy w miarę spokojne i "kominiarze" mieli niewiele do roboty. Pamietam jedną wizję lokalną z ich udziałem w Gnieźnie. Była to głośna swego czasu, kradzież srebrnej figurki i relikwiarza św. Wojciecha. W czasie wizji kompania ZOMO otoczyła katedrę gnieźnieńską, a kilku pesiaków bezpośrednio ochraniało i pilnowało sprawców. Tak duże siły milicyjne były konieczne, gdyż zebrany w okolicach katedry tłum, był gotów zlinczować sprawców.

    Odnośnie Plutonu Specjalnego z Poznania dodam, że jego dowódcą był sierżant (o ile dobrze pamiętam, st.sierż. sztab.), którego nigdy nie widziałem w mundurze. Natomiast cząsto paradował on w dzinsach i kurtce, spod której zawsze wystawał "Colt" (rewolwer bębenkowy) w kaburze operacyjnej, noszony "na jajach". Mundur polowy PS różnil sie od zwykłego milicyjnego moro, bo miał inny krój i kilka kieszeni więcej, zwłaszcza na spodniach, a stałym jego elementem był przytroczony bagnet na prawej nogawce, na wysokości uda. Poznański PS wchodził w skład Batalionu Taktycznego, składającego się w większości z funkconariuszy zawodowych. Przy BT istniała też tzw. kompania wzmocnienia ( z poboru), która najczęściej pełniła slużbę wartowniczą. Nieliczni funkcjonariusze ze służby czynnej w PS, uważani byli przez kolegów za koszarową elitę. Pluton rządził się swoimi prawami i poza slużbą, czyli na ogół treningami i strzelaniem, dysponowali oni stałymi przepustkami. Pamiętam, że członkowie plutonu mieli na zmianę slużby przez całą dobę, bo niedziela, świątek, piątek zawsze kręcili się po jednostce. Jak już wcześniej wspominałem, zapotrzebowanie na ich interwencje było wówczas niewielkie, więc z braku innego zajęcia ostro ćwiczyli. Do dyspozycji była hala sportowa "Olimpi Poznań", sąsiadująca bezpośrednio z koszarami, strzelnica myśliwska "Lizawka" w Poznaniu, poligon taktyczny w Obrzycku i lotnisko aeroklubu, jako poligon gazowy. W PS-ie slużył kolega z mojej "fali", który jeszcze w cywilu bawił się w sporty walki, a pluton zrobil z niego prawdziwego komandosa. Widziałem, jak w ramach szkolenia wdrapał sie na dach 4-ro piętrowej kamienicy po piorunochronie, a z powrotem zjechał na linie. Całośc trwała ok. 3-4 minuty. Powszechnie się mówiło, że dowódca PS był bardzo surowym i wymagającym przełożonym, a przy tym sprawiedliwym, co z całą pewnością stawiało pluton poznański bardzo wysoko w rankingu krajowym.

    Wróbelki ćwierkały, że przy poznańskim ZOMO ma powstać szwadron (pluton) konny. Tylko ze słyszenia wiem, że ów szwadron miał patrolować rozległe tereny nad Wartą i rejon "Cytadeli". Warunki w Poznaniu na trzymanie koni były znakomite, bo kiedyś były to koszary ułanów. Zresztą zachowały się historyczne nazwy ulic. Jednostka leżała przy ulicy Taborowej, na zapleczu była ulica Oboźna, a w sąsiedztwie Ułańska. Stajnie przerobiono na garaże, ale nie wszędzie usunięto ślady pobytu koni. Przy ścianach garaży widniały gdzieniegdzie żłoby i resztki boksów dla koni. Struktura bojowa jednostki wyglądała tak; przez całą dobę w natychmiastowej gotowości był pluton alarmowy, który w ciągu kilku minut opuszczał jednostke w pojazdach lekkich. Parę razy brałem udział w takich alarmach i odnosiły się one wyłącznie do zadym chuligańskich. Do większych działań, np. poszukiwanie zaginionych dzieci w lesie, czy nieprzewidzianych dużych zdarzeń służyła kompania operacyjna. KO była gotowa do wyjazdu w ciągu 20 minut. Do działań zakrojonych na szeroką skalę używano dyżurnego batalionu odwodowego, którego zbiórka miała często charakter pospolitego ruszenia. W działaniach BO brałem również udział, a najbardziej spektakularną akcją było otoczenie dwóch dezerterów z sowieckiej jednostki, koło Nowej Soli, którzy w trakcie ucieczki ostrzeliwali się z KBKAK, w Puszczy Noteckiej.

    Pojazdami lekkimi, używanymi w tym czasie do służby patrolowej i działań plutonów alarmowych były krajowe "Nysy", w których mieściło się 9 osób. Drugim typem pojazdu był "UAZ", samochód terenowy produkcji sowieckiej, w którym mieściło się 7 ludzi. Pojazdami ciężkimi były starachowickie "Stary", noszące symbol WT, zwane popularnie "budami". W Starze mieściło się 21 (o ile dobrze pamiętam) funkcjonariuszy i slużyły one zasadniczo do transportu, dyslokacji służb patrolowych, oraz jako miejsca wyczekiwania odwodów w przypadku "nielegalnych" demonstracji i przemarszów. Terminy demonstracji były znane dowództwu sporo wcześniej i często siedzieliśmy długie godziny jak idioci w dusznych "budach", na wszelki wypadek. Na wyposażeniu mieliśmy wówczas kaski z przyłbicą, tarcze z plexi (bardzo łamliwe), maski gazowe typu "buldog" i pałki szturmowe. Poza tym żadnej ochrony, typu żółwie, nakolanniki, czy kamizelki nie było. Niektórzy Zomowcy mieli ręczne wyrzutnie granatów gazowych typu RWGŁ. Punktem zapalnym, jeżeli chodzi o zadymy chuligańskie były mecze piłkarskie i koncerty. Podam przykład z udziału w takiej akcji, w ramach działania plutonu alarmowego. Po jednym z meczy na stadionie "Lecha", kompania zabezpieczająca stadion wróciła do koszar, bo kibice rozeszli się w miarę spokojnie. Po godzinie alarm. Grupa kibiców-chuliganów z drużyny gości zdemolowała tramwaj w centrum miasta i aktualnie rozrabia w jednej z pijalni piwa. Na miejscu byliśmy po ok. 10 minutach. Używając szturmowych pałek i kasków z przyłbicami, opanowaliśmy sytuacje bardzo prędko. W takiej sytuacji nie miałem oporów z użyciem siły, bo istniało realne zagrożenie życia i zdrowia, że nie wspomnę o ogromnych stratach materialnych. Zatrzymanych było ok. 70 osób, którzy na drugi dzień w trybie doraźnym stanąli przed kolegium d/s wykroczeń, a kilku otrzymało sankcję prokuratorską. Poturbowany przez chuliganów właściciel pijalni, zaprosił nas po slużbie na piwo, bo pewnie bez naszej interwencji, nie pozostałby tam kamień na kamieniu. Całą akcję filmował na video nasz nieoceniony kolega "Łabędź", którego nagranie było koronnym dowodem przed kolegium i w niektórych przypadkach, przed sądem.