Powracająca klątwa ZOMO

Niemal każdego dnia dochodzi do protestów społecznych: blokad, pikiet, manifestacji ulicznych. W wielu wypadkach interweniuje policja czasem bardzo zdecydowanie, używając pałek ,,szturmowych'', broni gładkolufowej z gumowymi kulami, armatek wodnych. Funkcjonariusze przekonują, że do akcji wchodzą tylko w przypadkach naruszania prawa przez demonstrantów. Z kolei poszkodowani podczas interwencji sił porządkowych ze złością przyrównują dzisiejsze policyjne oddziały prewencji do dawnych Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej (ZOMO). Czy można jednak porównywać te dwie formacje?

Fot.:JANUSZ ROMANISZYN

 AGNIESZKA SMOGULECKA

  Historycy twierdzą, że latem 1957 roku do stłumienia strajku łódzkich tramwajarzy użyto po raz pierwszy jednostki milicyjnej szkolonej w Golędzinowie pod kątem walk ulicznych z ludnością cywilną. To miał być początek ZOMO Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej. Dziś młodszym wiekiem funkcjonariuszom policji trudno jest nawet bezbłędnie rozszyfrować ten skrót. ZOMO tak jak innym ludziom kojarzy się im z polityką, pacyfikowaniem wolnościowych manifestacji. Wielu dzisiejszych komendantów czy naczelników właśnie w batalionach centralnego podporządkowania rozpoczynało swoją karierę, ale wszyscy twierdzą dziś, że ich służba z polityką niewiele miała wspólnego.

    Na co dzień patrolowaliśmy ulice wspomina jeden z policjantów, który w ZOMO był w drugiej połowie lat 80. Prosi o anonimowość. Zabezpieczaliśmy duże imprezy i obchody świąt. Stan podwyższonej gotowości zawsze był ogłaszany cztery razy w roku: 13 grudnia, 1 maja, 11 listopada i w Poznaniu 28 czerwca. Dodatkowo zawsze zgrupowanie odbywało się 13 dnia każdego miesiąca, w razie gdyby doszło do wystąpień z okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Braliśmy udział w pracach społecznych, na przykład wykopkach, ale byliśmy wykorzystywani także do innych zadań: pomagaliśmy w gaszeniu pożarów lasów, w czasie powodzi pilnowaliśmy, by szabrownicy nie kradli porzuconego mienia.

    Część zadań ZOMO przejęły po 1989 roku w apolitycznej już policji oddziały prewencji. Tak jak dawni ZOMO-wcy, policjanci z OP (zwani potocznie ,,opkami'') patrolują miasto, a gdy odbywają się mecze czy demonstracje zabezpieczają ich przebieg. W OP służą jednak zawodowi policjanci, podczas gdy znakomita większość ZOMO-wców była w służbie kandydackiej w milicji odbywali służbę wojskową.

    My jesteśmy szkoleni, by przywracać naruszony ład i porządek mówi Mirosław Rozbicki, dowódca Oddziału Prewencji Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu. Nie można porównywać OP z dawnym ZOMO twierdzi.

    Oddziały prewencji w Polsce podlegają komendom wojewódzkim. Jeden taki oddział istnieje w Poznaniu. Od dawnego ZOMO oddziały różnią się nie tylko poziomem wyszkolenia funkcjonariuszy, lecz też liczebnością. Chociaż nikt nie chce podawać konkretnych liczb, wiadomo że w poznańskim ZOMO było 9 kompanii (jedna zawodowa). Wszyscy byli skoszarowani. Około tysiąc chłopa mówią policjanci.

    Teraz w OP służą tylko 3 kompanie. Na akcje zabezpieczania imprez masowych zakładają kaski, ochraniacze, biorą pałki i tarcze. Gdy trzeba, wydawana jest im broń gładkolufowa, z której strzelają gumowymi, niepenetrującymi pociskami. Do dyspozycji mają także armatki wodne. Złośliwi mówią, że właśnie sprzęt, choć nadal sprawny, jest pozostałością po ZOMO. Ile tego sprzętu jest, też nie można ujawniać.

    Ciągle nad nami wisi ,,klątwa ZOMO''. Przez lata te oddziały nie były dobrze szkolone, wyposażane mówi Krzysztof Janik, minister Spraw Wewnętrznych i Administracji. Na Zachodzie zamiast kul gumowych używa się kul farbowych. Trafiony takim pociskiem nie może zostać ranny, lecz przez 2 miesiące ,,jest ufarbowany''. Na tej podstawie jest później ,,wyłapywany'' przez policjantów. Uczestników demonstracji nie trzeba więc legitymować w czasie trwania zajść. Kula farbowa kosztuje jednak pięć razy tyle, co gumowa. Ale będziemy je kupować.

    Minister ma wyrobione zdanie na temat oddziałów: ich zadaniem nie jest pacyfikacja demonstracji, lecz pilnowanie porządku.

    Nie dysponujemy stutysięcznymi oddziałami prewencji. W skali kraju jest to 4000 osób. W Wielkopolsce możemy zmobilizować 400 ludzi tłumaczy. Każdy komendant, który podejmuje decyzję, by wysłać człowieka na interwencję, jak blokada, musi wskazać z którego osiedla, ulicy go zdejmuje, jakie czynności wykrywcze zostaną przez to wstrzymane. U nas na takich demonstracjach jest ,,polewaczka'', tarcza i pałka. Natomiast we Francji wchodzą do akcji samochody pancerne. Nam nie chodzi o to, by wyjąć zza pasa pały i bić. Kiedy jednak pewien poziom agresji zostanie przekroczony, policjant musi interweniować. Nie ma wyboru. On jest od tego, by protestujący nie łamali praw i swobód obywatelskich innych osób.

    Wiadomo, że policja ponosi koszty związane z akcjami: dowóz ludzi, użycie sprzętu, naprawy zniszczeń. Swoje koszty na przykład w przypadku blokad ponoszą też stojący w korkach kierowcy. Straty odnotowywane są również podczas meczów piłkarskich. Mamy już pomysł jak to zrobić, by policja nie ponosiła tych kosztów. Będziemy egzekwować należności od uczestników zajść mówi K. Janik.

    A policja? Ten rząd odejdzie, obecni posłowie zanikną w odmętach narodowej niepamięci, a policja w tym kraju musi być! twierdzi K. Janik. Musimy pamiętać, że jeśli my ją dzisiaj skopiemy, to jutro ktoś przejmie władzę i okaże się, że nie ma instrumentów do jej sprawowania. I to nie dlatego, że nie będzie chętnych, by pójść na ulicę i zbić manifestantów, lecz że nie będzie chętnych do walki z przestępczością.