Relacja Barona z rozbijania blokady drogi w Gończycach w sierpniu 1999 roku

  Opiszę blokadę jaka miała miejsce w roku 1999. a dokładnie tydzień po zajściach w Bartoszycach. Byłem wtedy na szóstej kompanii OPP Iwiczna w Piasecznie pod Warszawą. Miałem to szczęście chociaż wcześniej uważałem że to pech że właśnie na tą kompanię trafiłem. Dowódca, podkom. Daniel K. a raczej jego zastępca Piotr W. zawsze, każdy pobór szkolił a za zadanie stawiał sobie lepsze rezultaty niż osiągała pierwsza kompania czyli reprezentacyjna. Tak też się stało dostaliśmy tak w dupe, że pierwsze trzy miesiące bo tyle trwała unitarka, uważałem za przeklęte.Póżniej cieszyłem się że jestem na szóstej bo to był prestiż, nie byliśmy używani do byle czego, taką robotę robili młodzi, my braliśmy udział w zabezpieczeniu tylko wtedy gdy trzeba było poprostu, rozproszyć tłum, szybko i skutecznie. Tak, też było tego ciepłego dnia. Pojechaliśmy busami do Gończyc pod Siedlcami. Tam zastaliśmy zablokowaną trase krajową. Była chyba 15-ta. Krótka prezentacja siłowa i rolnicy dali sobie spokój, nawet długo nie trzeba było czekać. Wysiedliśmy z samochodów ubraliśmy sie i zaraz powrót. Droga odblokowana. Pełen sukces. Trochę kilometrów było do Warszawy, więc stanęliśmy w lesie oddalonym parę kilometrów od Gończyc i czekaliśmy na dalsze kroki rolników. Wszystko bylo super. Cisza, spokój. O 22 -giej jeden bus, zjechał z parkingu w lesie do Gończyc.Nagle w stacji usłyszeliśmy wszyscy, ...szybko bo nas napierdalają! Trwało to chwile. Zaparkowaliśmy busy przed wioską a raczej, wysiedliśmy a kierowcy wrócili nimi w bezpieczne miejsce. Miałem na głowie czapkę z daszkiem ale nagle usłyszałem, że obok mnie z każdej praktrycznie strony spadają kamienie. Krzyknąłem, żeby zakladac przylbice. Widziałem, że juz prawie wszyscy w chwile po tym mieli je na głowach. Rolnicy, najprościej mówiąc w poludnie dali sobie spokoj ale powrocili i zatakowali policjantow kamieniami wieczorem. Poszlo szybko, pare gum na plecy i spierdalali jak szczury z topiacego sie statku. Pamietam, ze niektorzy byli starsi, bo zrobilo mi sie zal przez chwile jednego goscia i zamiast go uderzyc palka a miala ona pret w srodku i miala z rekojescia 1 metr, kopnalem go w dupe i powiedzialem ...spierdalaj do domu dziadek. To byl dopiero poczatek. Nagle w calej wiosce zgasly swiatla na ulicy. ktos wlaczyl syrene strazacka i na wzniesieniu ktore pozniej okazalo sie drogą stanal samochod, wlacyl dlugie swiatla i zaczelo sie. Rolnicy przez ten czas, gdy my czekalismy na ich ruchy, nawiezli sobie doslownie sterty kamieni. Kostki brukowe, popekane cegly, pustaki a nawet plyty chodnikowe. Gdy swiatlo zgaslo zaczelo sie doslownie pieklo. Nigdy wczesniej nie widzialem deszczu kamieni ale tak to doslownie wygladalo. O jakimkolwiek starciu bezposrednim nie bylo mowy, bo wszyscy tak jak powiedzialem, uciekli i rzucali kamieniami z daleka. Droga i cala wioska to doslownie dwie ulice na krzyz. Glowna idaca do granicy chyba i ta w poprzek niej przebiegajaca a biegnaca wzdluz wioski. Chowalismy sie z szope i pamietam jak dzis, slyszalem jak kamienie tluka sie po dachu z blachy a Piotrek Z-dowodca plutonu powiedzial do nas na trzy, cztery wychodzimy. Wyszlismy ale doslownie w pare minut tarcze popekaly i zostaly z nich uchwyty do trzymania. Byly starego typu, przylbice takze gowno warte. Czym mozna bylo oslanialismy sie. Siebie a jeszcze bardziej tych ktorzy stali za pierwszym rzedem tyraliery bo oni byli bez tarcz. Popekaly. Slyszalem jak obok w domach pekaja szyby, miedzy nami a rolnikami staly samochody, wygladaly jakby je conajmniej postawil w Iraku na tydzien czasu. Kompletnie rozbite. Nie napisze co robilismy, bo moze ktos mnie kiedys pociagnie do odpowiedzialnosci za to ale musielismy sie jakos bronic. Wtedy to pierwszy raz w zyciu zdretwiala mi glowa i szyja. Dostalem w glowe plyta betonowa, jej kawalkiem. Przylbica pekla a glowa zdretwiala. W pierwszej chwili myslalem ze rozcieta mam skore ale nic takiego sie nie stalo. Bylo dobrze dopoki nie dostalem kamieniem w udo. przewrocilem sie i poczulem tylko jak wywlekaja mnie koledzy do tylu za tyraliere. Zaniesli mnie do karetki. Tam nawet nie wiem jak to sie stalo, Siwy ktory stal przedemna, byl tam szybciej. Kamien wpadl mu pod przylbice i rozcial jak sie poznej okazalo, nos i czolo. Siedem szwow. Nie pamietam ile czasu lezalem w karetce ale jak juz bylo ich dwie pelne pojechalismy gdzies do szpitala. Tam najlepsze. Personel sie schowal i nie chcial udzielic pomocy. Dopiero dobre joby, pomogly im wyjsc z dyzurki. Na drugi dzien, gdy wstalem na kompanii ze snu okazalo sie ze busy sa porozbijane, sprzet nadaje sie tylko do wymiany a najciezej rannych jest nas szesnastu. Wszczeli postepowanie i umozyli z braku swiadkow. Kamieni sterty lezaly tam, gnoj w workach ale to bylo za malo. Wszyscy rolnicy ponoc sie przygladali tylko dzialaniom ale nikt z przesluchiwanych nie bral czynnego udzialu. Pamietam, jak "Pisarz" zaslanial sie znakiem STOP bo nie mial juz tarczy. Dzisiaj sie z tego smieje ale wtedy troche sie dzialo. Czas leczy rany. Podobno jedna z szyb w busie byla przestrzelona jakas kulka z lozyska. Strzelano z samopalu ale tu tez brak jest dowodow. Kowalczyk byl wtedy stolecznym, przyjechal dal jakies podziekowania na pismie i tyle. Jedno co mnie zastanawia to cel jaki obrali sobie rolnicy. Nikt ich nie dotknal nawet palcem a oni przygotowali sie jak do wojny. Butelki nie sluza do rzucani w Policjantow. Chcieli sobie poblokowac trase a tu skurwysyny z Warszay im przeszkodzili. Nie przyjme do wiadomosci zadnej argumentacji ich zachowania. Gdyby to byla banda kryminalistow - OK. Oni maja powody do wyrownania porachunkow z tymi co robili czynnosci lub tez ich wsadzili do pierdla ale rolnicy? Co im sa winni policjanci, moze pan Lepper odpowie na to pytanie. pozdrawiam

Baron