Korespondencja z (zabitej deskami) Warszawy  
 

Radość w wymarłym mieście


Szczyt Europejskiego Forum Ekonomicznego, a właściwie opozycyjny do niego Antyszczyt Wa29, zorganizowany przez środowiska wolnościowe, od kilku tygodni spędzał sen z powiek służbom porządkowym, władzom miasta, a przez podkręcanie w mediach spirali zagrożenia - także sklepikarzom i zwykłym mieszkańcom stolicy. Atmosfera lekkiego zdenerwowania udzieliła się w końcu i mnie, zwłaszcza że zostałem przez redakcję namaszczony do obsłużenia demonstracji alterglobalistów...

 

Żółta kamizelka

 

    Demonstracja zaplanowana na czwartek 29 kwietnia jest coraz bliżej. Dziennikarze, którzy będą na niej obecni, muszą udać się do Komendy Stołecznej Policji po jaskrawe kamizelki z odblaskami i napisami "Prasa". Jadę tam metrem. W wagonach dziwnie pusto. Na stacji "Ratusz" przemykają strażnicy z ochrony metra z psami służbowymi. Przy każdym wyjściu policjanci. W biurze przepustek w "Stołecznej" jestem skrupulatnie spisywany. Przy przekraczaniu bramek czeka mnie jeszcze kontrola wykrywaczem metali i przegląd torby z aparatem.

    Moja kamizelka ma numer "101". Wykonana z myślą o kimś pośledniej postury dopina się tylko dzięki gumkom umieszczonym po bokach. Podpisuję zobowiązanie, że będę ją nosił, a w kieszeni miał przygotowaną do okazania legitymację prasową i dokument ze zdjęciem. Otrzymuję apel do mediów, w którym stołeczni policjanci zwracają się o zachowanie rozwagi w trakcie reporterskiej pracy. "W sytuacji działań interwencyjnych dziennikarze są zobowiązani myśleć także o swoim bezpieczeństwie i przede wszystkim nie wkraczać w strefę użycia środków przymusu bezpośredniego". Po wyjściu z komendy widzę stojące nieopodal armatki wodne, ciężkie samochody i BTR. Zasłonięta witryna lokalu "Pod Pałkami" nie różni się od innych restauracji i sklepów w mieście.

"Moje miasto murem podzielone..."

    W głowie huczą mi słowa słynnego utworu Kultu, gdy w palącym słońcu przemykam się po Warszawie. Ogród Saski odgrodzony od Marszałkowskiej. Wśród zarośli i drzew wije się bariera utworzona z metalowych płotów. Po tamtej stronie ogrodzenia co jakieś dwadzieścia metrów stoi policjant z oddziału prewencji w pełnym rynsztunku. Na alejkach widać kolejne armatki i samochody. Ulica Królewska zamknięta. Dwieście, trzysta metrów stąd w Victorii obradują uczestnicy szczytu.

Przed hotelem Sheraton barierki ze wszystkich stron zamykają dojście. Gdy byłem tu wczoraj, punkt recepcyjny funkcjonował w rozstawionym naprzeciw pomnika Witosa namiocie. Obsługa hotelowa w asyście policjantów sprawdzała zaproszenia gości, a wytworny kelner pod gołym niebem serwował napoje.

    Dziś w centrum zrobiło się przestronniej. Nie ma zaparkowanych samochodów, przechodniów też niewielu. Warszawiacy napływowi wyjechali do rodzin, rodowici też w dużej części ruszyli za miasto. Na ulicach są głównie policjanci, ekipy zabijające dyktą okna i fotoreporterzy dokumentujący ten stan. Jadłodajnia McDonaldsa niedaleko Domów Centrum otoczona jest blachą i owinięta szczelnie siatką tak, że trudno domyślić się pod tą konstrukcją istnienia budynku. Na Świętokrzyskiej przemykają jakieś znajome twarze. Skąd ja ich znam? Gdy chowam aparat po sfotografowaniu obwarowanego podwójnymi płotkami Ministerstwa Finansów słyszę za sobą - "E! Paparazzi! ". Odwracam się i wątpliwości znikają - kolejną dwójkę znajomych twarzy przypisuję wreszcie do składu Orkiestry Reprezentacyjnej Policji! Są po cywilnemu - stąd te trudności skojarzeniowe. Witamy się serdecznie. Okazuje się, że orkiestra "zabezpiecza operacyjnie" spory kawałek Śródmieścia.

    Do redakcji wracam puściutkim tramwajem. Wolne miejsca siedzące! Z okien obserwuję wymarłe ulice. Na niemal każdym skrzyżowaniu patrol drogówki. W miarę oddalania się od centrum na chodnikach coraz więcej ludzi.

W redakcyjnym pokoju staram się wejść do Internetu. Gdy zaczynam przeglądać strony alterglobalistów, komputer odmawia posłuszeństwa. Dzieje się tak kilka razy z rzędu. Co chwila muszę na nowo się logować, wpisywać hasło itd. - Czy to już blokada informacji? Chciałem tylko sprawdzić program forum alternatywnego i przeczytać najnowsze wiadomości o czekającej mnie manifestacji.

Wieczorem na koncercie czeskiego barda Jaromira Nohavicy w Teatrze Roma słyszę: "To chyba jedyne miejsce w Warszawie, w którym dzisiaj ludzie śpiewają piosenki...". Po wyjściu z teatru zabite płytami paździerzowymi wystawy straszą jeszcze bardziej.

Erupcja wolności

    Demonstracja ma zacząć się o 11.00, ale przez półtorej godziny ma najpierw odbywać się wiec - zatem nie ma się co spieszyć - myślę i po wyjściu z metra pieszo ruszam w stronę zbiórki antyglobalistów. Po drodze sklepy bez wystaw i... w miarę zbliżania się do ronda Babka coraz więcej ludzi. Przed domy wychodzą całe rodziny, mieszkańcy z aparatami i kamerami wideo czekają na manifestację. Co tu się dzieje? Przecież gazety zapowiadały apokalipsę. A tu przejść po chodniku nie można - stoją starsi, stoją i dzieci, całe rodziny. Przy ul. Anielewicza napotykam idących środkiem jezdni policjantów z tarczami, pałkami, kaskami. Obok jadą wozy. Wokół uwijają się fotoreporterzy. Wygląda to i malowniczo i groźnie, jakby była to demonstracja funkcjonariuszy, i to w pełnym wyposażeniu. Na chodnikach słychać sarkastyczne komentarze. - Po co was tyle! Przecież to dzieciaki! Młodzież wie, co robi!

    Młodzieży jednak na razie niewiele. Dopiero za następnym skrzyżowaniem formuje się pochód. Są przedstawiciele młodych Unii Pracy, Nowej Lewicy, Pracowniczej Demokracji, reprezentacja górników z wałbrzyskich biedaszybów, działacze związkowi i bezrobotni. Najwięcej jest jednak młodych ludzi z federacji anarchistycznych, organizacji ekologicznych, pacyfistycznych, ruchu alterglobalistycznego. Na rozgrzewkę skandowane są hasła "Forum wasze - miasto nasze! " "Szczyt jest dobry - ale w łóżku! " "Dość wyzysku pracowników!".

Wreszcie czoło rusza. Przodem idzie Czarny Blok, dopiero za nimi transparent otwierający demonstrację: "Szczyt uznajemy za skończony". Ubrani na czarno, w większości zamaskowani młodzi ludzie pełnią rolę porządkowych. Grzecznie proszą fotografów, aby nie wchodzili między nich. Gdy to nie pomaga, chwytają się za ręce, tworząc trudny do pokonania szpaler. Bojowo brzmi transowe dudnienie bębnów. Z czterech platform jadących wśród tłumu dobiega muzyka i hasła przygotowane do skandowania. "Radykalne Czirliderki" - grupa dziewcząt anarchistek - parodiując zachowania z amerykańskich stadionów - zagrzewa demonstrantów: "Anty-, anty-, antykapitalizm! ". "Ija, ija - ija anarchija!".

    Z chodników dobiegają słowa aprobaty dla kolorowej młodzieży. Wielu mieszkańców przyłącza się do marszu. Pokonują kawałek drogi, inni zostaną z manifestującymi do końca.

Policja jest daleko w przodzie. Po trotuarach między mieszkańcami przemieszczają się za to dziwnie zachowujący się osobnicy. Jeden ostentacyjnie pije piwo z puszki, w drugiej ręce ma siatkę pełną złocistego trunku. Wykrzykuje coś o "pedałach w mundurach" i wygląda na dużo mniej pijanego niż zdradzałby to jego krok. Inny na wysokości Ogrodu Saskiego podbiega do szpaleru funkcjonariuszy i po okrzyku "Oddział prewencji - bez inteligencji!" chowa się w tłumie. Czujność zachowują jednak dziennikarze z IMC (Centrum Mediów Niezależnych, powstałego na czas protestów), którzy starają się sfotografować każdego takiego jegomościa. Emocje studzą też aktywiści z Black Bloc. Gdy na pl. Bankowym pojawiają się grupki krótko ostrzyżonych, ubranych w dresy młodocianych kiboli, które zaczynają wyzywać policjantów, Czarny Blok chwyta się za ręce, zamykając właściwą demonstrację żywym łańcuchem. "Prowokacja! Prowokacja!" skanduje kilkutysięczny tłum. Kibole czują się trochę nieswojo. Podobnie chyba jak reporterzy, którzy ławą ruszyli w kierunku pyskujących młodziaków.

"Rzućcie pały - chodźcie z nami!"

    Pochód zatrzymuje się na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Królewskiej. W oddali za szykiem policjantów rysuje się hotel Sofitel Victoria. W tę stronę lecą rolki papieru toaletowego. Wstęgi dolatują jednak tylko do funkcjonariuszy. "Jesteście do d... - jak ten papier!" krzyczą demonstranci, z platformy dobiega jednak bardziej ukierunkowane przesłanie - papier jest dla uczestników forum ekonomicznego, którzy po wszystkich obiadach i koktajlach, mogą mieć problemy żołądkowe.

Wszystko mieści się w formule happeningu. Gra muzyka, ludzie tańczą, starsi się dołączają, pozdrawiają... Wymykam się z manifestacji. Zaglądam w boczne uliczki. Policja jest przygotowana. W odwodzie stoją całe oddziały, armatki wodne, samochody z wyrzutniami gazów. Ale stoją! Całe szczęście, stoją.

Aby dogonić czoło manifestacji, muszę przeciskać się przez gęsty, różnobarwny tłum. Wokół widać transparenty: "Kapitalizm zabija - zabijmy kapitalizm", "Wasza wojna - nasza krew", "Stop wojnie", feministki niosą hasło "Rewolucja była kobietą". Powiewają czarne flagi anarchistów, czerwone lewaków, starszy pan niesie purpurową chorągiew ze skrótem Komunistycznej Partii Polski, na jednej z platform wiszą obok siebie flagi: palestyńska i izraelska, w oddali majaczy czeczeńska.

    Wąskie gardło dla maszerujących robi się koło Narodowego Banku Polskiego otoczonego podwójnym rzędem barier. Pod Ministerstwem Finansów wszyscy skandują "Rząd do roboty - za sześćset złotych!", "Władza precz!", "Zamknąć szczyt bezprawia!".

    Pod Giełdą Papierów Wartościowych odnajdują się znowu jakieś grupki pseudokibiców. Na odwrocie tekturowych transparentów wypisali (jak zwykle z błędem) skrót "HWDP" i podsuwają go przed policjantów stojących za barierkami. Obraźliwe hasła w rodzaju "Białe kaski - robią laski" też nie robią wrażenia na funkcjonariuszach. Szybko zjawiają się też ludzie z Czarnego Bloku, którzy stają między krzyczącymi a policjantami. Parę słów w kierunki kiboli wystarcza, aby ci się uciszyli.

Tłum radośnie krzyczy "Rzućcie pały - chodźcie z nami!"

Kolejne rolki papieru toaletowego przeznaczone są dla pracowników ambasady amerykańskiej.

    Meta pochodu jest przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Tu w ruch idą ostatnie rolki papieru toaletowego. Nad głowami znowu pojawia się policyjny śmigłowiec, który towarzyszył całemu przemarszowi. "Nic o nas - bez nas!", "Wy się bawicie - a ludzie głodują!", "Świat dla ludzi - nie dla zysku!" skandują protestujący. Przez megafon przemawiają organizatorzy demonstracji z Koalicji Grup Wolnościowych "Antyszczyt Wa29". Dziękują za udział w manifestacji, zapraszają na Pole Mokotowskie, gdzie działacze z Food not bombs (Jedzenie zamiast bomb) serwować będą wegetariański posiłek.

    Dochodzi 17.00. Kolorowy tłum powoli rzednie. Funkcjonariuszy w kaskach zmieniają policjanci w zwykłych mundurach. Na placu Na Rozdrożu ostatni wracający z wiecu napotykają dwie armatki wodne. Obok policjanci, też już bez rynsztunku bojowego. Wywiązuje się żartobliwa rozmowa. Demonstranci robią sobie zdjęcia z policjantami na tle wozów. Znowu zjawia się "Muza" pochodu, owinięta w biało-czerwoną flagę śpiewa patriotyczne pieśni... Gdzie ja jestem - toż to idylla, jakiej nie widziałem na żadnej innej manifestacji! Do porządku przywołuje wszystkich dobiegający z megafonu głos dowódcy - "Proszę opuścić jezdnię, ponieważ będziemy przywracać ruch kołowy". Grupki młodzieży ruszają w kierunku Pola Mokotowskiego. Opieram się o balustradę przy Trasie Łazienkowskiej. Dopiero teraz zaczynam odczuwać ból pleców, piekące, spalone przez słońce czoło i ogromne pragnienie. Chowam aparat, ściągam żółtą kamizelkę - zdjęcia wywołam już jutro, kamizelkę mam oddać w KSP do 7 maja.

PAWEŁ OSTASZEWSKI