Milicjant w opozycji

Wiktor Mikusiński wstąpił do milicji w styczniu 1973, tuż po studiach. Pracował w sekcji zabójstw Komendy Stołecznej. Potem awansował na szefa sekcji ds. kradzieży samochodów, kieszonkowców, fałszerstw i narkotyków. Panujące w MO układy poznał od podszewki. „Powstanie »Solidarności« spowodowało, że z nadzieją oczekiwałem zmian” – wspomina w KARCIE (nr 35),relacjonując okoliczności powstania w 1981 r. jedynych w bloku komunistycznym niezależnych związków zawodowych funkcjonariuszy milicji: „Od strajku w Gdańsku rosło napięcie. Od znajomych z SB przeciekały wieści, że strajki opanuje się z pomocą aresztowań i przypisania spraw kryminalnych działaczom opozycyjnym, i że zakłady pracy zostaną zmilitaryzowane. Było oczywiste, że przygotowywane jest rozwiązanie siłowe. Wciąż były ćwiczone różne alarmy”. 
Wiosną 1981 funkcjonariuszom ujawniono plan ewakuacji ich rodzin. Poczucie zagrożenia wzmagała antysolidarnościowa propaganda. Swoje robiła też podjęta przez „Solidarność” po tzw. wydarzeniach bydgoskich (kiedy MO pobiła kilku działaczy) kampania przeciw milicji, uniemożliwianie wykonywania czynności służbowych, dyskryminowanie dzieci milicjantów w szkołach. Równocześnie milicjanci byli świadomi popularności „Solidarności” w społeczeństwie. Na nastroje wpływała wreszcie sytuacja gospodarcza: „Byliśmy dotknięci takimi samymi trudnościami, jak reszta społeczeństwa. Wytykano nam przywileje, o których nie mieliśmy pojęcia. Przecież mieszkania, talony i wczasy dostawali również pracownicy wielkich zakładów, a z innych przywilejów korzystali ludzie na wyższych stanowiskach. Na zebraniach najczęstszym postulatem było zrównanie kartek żywnościowych milicjantów z wyższymi przydziałami górników i hutników”. Efektem tej frustracji był pomysł powołania związku zawodowego, który za przykładem „Solidarności” będzie reprezentować interesy funkcjonariuszy i reformować MSW. 
26 maja 1981 r. do Komendy Stołecznej dotarła informacja o zawiązaniu w Batalionie Pogotowia i Patroli Zmotoryzowanych KSMO komitetu założycielskiego związku zawodowego. „Pojechałem do Batalionu. Przed budynkiem stało wielu podekscytowanych milicjantów z różnych jednostek, dyżurni rozdawali telegramy z całej Polski. Przeczytałem dwa, z Krakowa i Katowic, wzywające do utworzenia związku zawodowego. W sali odpraw przemawiał akurat z-ca komendanta głównego gen. Bejm – sytuacja musiała być poważna. Głos zabrał kpt. Zdzisław Kledzik, wykładowca z ZOMO. Wyglądało, że popiera Bejma, ale zakończył, że kierownictwo jest oderwane od mas milicyjnych i związek zawodowy jest niezbędny. Grupa nazywana Komitetem napisała uchwałę o powołaniu Komitetu Założycielskiego NSZZ FMO, którą sala przyjęła przez aklamację, a kopię wręczono Bejmowi. Wściekła generalicja opuściła zebranie”.
Następnego dnia Mikusiński opowiedział o tym kolegom w wydziale. Starsi ostrzegali przed represjami, większość młodszych była za przyłączeniem się do inicjatywy. Został dokooptowany do komitetu założycielskiego, zajął się przygotowaniem postulatów (m.in. odpolitycznienia MSW, oddzielenia MO od SB, zmian procedury karnej). 1 czerwca odbył się zjazd delegatów z całego kraju: przyjechało 800-900 milicjantów i kilku oficerów SB. Z kierownictwa, mimo zaproszenia, nie zjawił się nikt, przysłano za to polecenie rozwiązania zebrania. Były też sygnały o przygotowaniach do jego rozbicia przez wojsko. Mimo to powołano Ogólnopolski Komitet Założycielski, reprezentujący ok. 30 tys. funkcjonariuszy (30 proc. stanu MO) – zjazd przegłosował, by nie przyjmować nikogo z SB. Mikusiński został przewodniczącym związku. Z MSW dotarła informacja, że delegatów przyjmie minister Milewski, ale okazało się, że decyzję musi podjąć sam premier Jaruzelski. Ostatecznie delegaci spotkali się z gen. Kiszczakiem jako szefem specjalnej Komisji Rządowej. Ustalono, że zamiast związku zawodowego powstanie organizacja funkcjonariuszy w miarę niezależna od ministra. „Nie mieliśmy poparcia społecznego ani kontaktów z »Solidarnością«. Większość delegatów była przeciwna – nie chcieli upolitycznienia. Zdawałem też sobie sprawę, że nie mamy nawet poparcia większości środowiska milicyjnego i poza grupką straceńców nikt nas nie poprze, gdy ogłosimy działania sprzeczne z dyscypliną służbową. Mogliśmy liczyć na szerokie poparcie pod warunkiem, że będzie zgoda ministra. Funkcjonariusze mimo wszystko wiele zawdzięczali systemowi władzy” – tak Mikusiński tłumaczy tę decyzję. OKZ uznał ją jednak za zdradę. Uchwalił, że odrzuca propozycję Kiszczaka i składa wniosek o rejestrację związku. Przegłosowano też ogłoszenie 9 czerwca strajku generalnego funkcjonariuszy. Mikusiński złożył rezygnację. Gen. Bejm zagroził uczestnikom strajku sądem wojskowym. 10 czerwca rozwiązano Batalion Pogotowia, a w Komendzie Stołecznej powołano komisję dyscyplinarną. „Kilka dni później rozchorowałem się, dostałem długie zwolnienie, a potem pojechałem na urlop. Gdy wróciłem, wezwano mnie i odczytano rozkaz o zwolnieniu. Poczułem ulgę”. 25 września odbyła się rozprawa rejestracyjna. Przed sądem kręcili się kadrowcy, aby rozpoznać funkcjonariuszy, którzy byli za rejestracją, a jeszcze pracowali. Sędzia odroczył decyzję. 
„12 grudnia Jurek Dąbrowski uprzedził, żebym nie nocował w domu, gdyż ogłoszono alarm. Zacząłem się ukrywać u znajomych”. Mikusiński znalazł się na liście poszukiwanych. Wsypał go kolega-milicjant. Internowany, wyszedł 23 grudnia 1982 r., w ostatniej grupie zwalnianych. Miał kłopoty ze znalezieniem pracy, nachodziło go SB. Został drukarzem w podziemnym wydawnictwie, a potem redaktorem podziemnego pisma „Prawo i bezprawie”. Po 1989 roku wrócił do służby – już w policji. 
 

KB