Kulą czy pałką

PIOTR PYTLAKOWSKI

Policji trzeba twardości, ale profesjonalnej

Policja polska dzieli się na dwie podstawowe służby: prewencyjną i kryminalną. Szczególnie prewencja ma teraz zły czas – po paradzie błędów w Łodzi i Krakowie, choć i kryminalni w Poznaniu zastrzelili niewinnego człowieka. Ludzie strasznie narzekają na policję, policja też narzeka.

Boję się chodzić w mundurze po ulicy – wyznaje dzielnicowy z warszawskiej Pragi. – Dwóch wyrostków krzyczało za mną: morderca z Łodzi!

Gdyby dzisiaj przeprowadzić badania, zaufanie obywateli do polskiej policji spadłoby o wiele punktów. Od kilku lat 60 proc. Polaków wystawiało tej instytucji dobre oceny. Odsetek obywateli, którzy uważają, że w Polsce żyje się bezpiecznie, waha się od 70 do ponad 80 proc. Ale właśnie trwa zmasowany atak na policję. Podczas sejmowej debaty nie pozostawiono na gliniarzach suchej nitki. Opinia publiczna dowiedziała się o swojej policji samych najgorszych rzeczy i zapanował prawdziwie antypolicyjny nastrój.

Efekty politycznego manipulowania opinią publiczną już są widoczne. Łódzcy chuligani oficjalnie (rozwiesili ulotki) wypowiedzieli policjantom wojnę, bo uznali, że tylko przemoc może być odpowiedzią na zbrodnię. Atmosfera im sprzyja, w końcu to ich uznano za ofiary policyjnej napaści.

Podczas juwenaliów w Łodzi naprzeciw hordzie rozwydrzonych młodych bandytów stanął kilkudziesięcioosobowy oddział prewencji. Przez kilka godzin trwały uliczne ruchawki, a policjanci nie umieli sobie z chuliganami poradzić. Świadkowie twierdzą, że młodzi funkcjonariusze nie ukrywali strachu, kiedy bojówkarze rzucali w nich ciężkimi przedmiotami. – Szwankowało dowodzenie – ocenia jeden z gapiów. – Brakowało zdecydowania i konsekwencji. Aż w końcu padł rozkaz użycia broni. I wtedy polała się krew.

Ale krew lała się już wcześniej, bo dresiarze atakowali studentów. Jednego poranili nożem, kilku innych skatowali do nieprzytomności. Ochroniarze wynajęci do zabezpieczenia imprezy okazali się nieporadni jak dzieci i po prostu uciekali. – Dopiero policja zaprowadziła porządek – uważa jeden z oficerów Komendy Głównej, który badał okoliczności towarzyszące interwencji łódzkiego oddziału prewencji. – Ten kto krytykuje dowodzenie, nie ma pojęcia, że gdyby nie umiejętne kierowanie akcją, prawdopodobnie doszłoby do jatki na znacznie większą skalę. Faktem jest jednak, że jedyni zabici to ofiary policyjnych kul.

Szefowa psychologów policyjnych z Łodzi nadkomisarz Anna Morawiec-Wilska opowiada o pomocy udzielanej policjantom biorącym udział w akcji. – Byliśmy na miejscu zaraz po wydarzeniach, przeprowadzaliśmy z funkcjonariuszami rozmowy. Zawsze po czymś takim policjanci cierpią z powodu traumy. Naszym zadaniem jest, jak to się fachowo określa, zniesienie kosztów uczestnictwa w wydarzeniu traumatycznym. To tak zwane pierwsze wsparcie. Psycholog uważa, że chociaż biorący udział w akcji mieli już doświadczenia w uśmierzaniu zamieszek, głównie na stadionach, to tym razem zaskoczyła ich nienaturalna agresja w skali przekraczającej ich wyobraźnię. – Bardzo chcieli obronić atakowanych studentów, tymczasem sami stali się obiektem napaści – mówi.

Zaczęli strzelać gumowymi nabojami (tzw. niepenetrującymi) z karabinów gładkolufowych. To standardowe działanie, zgodne z przepisami o stosowaniu przymusu bezpośredniego. Niestandardowe było to, że wśród naboi gumowych znalazły się breneki, czyli pociski ostre. Wystrzelono ich tylko sześć, chociaż policjantom wydano aż 25 sztuk takiej amunicji, bo jeden z bardziej doświadczonych policjantów zorientował się, że to, co ładuje do karabinu, nie jest pociskiem gumowym. Na nieszczęście trzy ostre ładunki trafiły ludzi – dwie osoby zmarły, jedna jest ranna. Na szczęście trzy inne breneki do celu nie doszły. Teraz oba te fakty, to paradoksalne, mogą być pretekstem do krytycznej oceny profesjonalizmu policjantów. Pociski, które trafiły – dlatego, że ugodziły ofiary w głowę i klatkę piersiową, a zgodnie z przepisami gumowymi pociskami wolno celować jedynie w nogi. Z kolei naboje, które nie trafiły, też świadczą, że policjanci nie umieją strzelać i walą Panu Bogu w okno.

Kto trafia do służby

Stan kadrowy polskiej policji – 98 tys. funkcjonariuszy (na 103 tys. etatów). Z tej liczby 58 proc. pracuje w pionie prewencji, 33 proc. to kryminalni, a 9 proc. to tzw. część wspomagająca. Prewencja to głównie policjanci patrolujący ulice i dzielnicowi. Specjalną grupę w tym pionie stanowią oddziały prewencji, używane m.in. do uśmierzania zamieszek. Służy w nich ok. 7 tys. policjantów, z czego część to odbywający tzw. służbę kandydacką w policji poborowi z wojska. W tym roku takich żołnierzy z poboru ma być ponad 3 tys. Trafiają głównie do Warszawy, ale też do Bydgoszczy, Gdańska, Katowic, Krakowa i Łodzi. Pracują przez rok (tyle czasu trwa służba w wojsku) za żołd w wysokości 475 zł miesięcznie. Potem mogą starać się o zatrudnienie w policji.

O stałą pracę w policji może starać się każdy, kto ma „nieposzlakowaną opinię, korzysta w pełni z praw publicznych, posiada zdolność fizyczną i psychiczną do pełnienia służby w formacjach uzbrojonych”. Sformułowano też wymóg minimum średniego wykształcenia, ale przy okazji uchylono furtkę dla absolwentów zawodówek i podstawówek – zgodę na ich przyjęcie może w indywidualnych przypadkach wyrazić komendant wojewódzki.

Furtki i boczne drzwi mają w ostatnich latach duże znaczenie, bo praca w policji to marzenie wielu młodych ludzi z prowincji. Zarobki może nie są oszałamiające – na początek 1300 zł brutto – ale za to pewne i płacone w terminie. Do tego różne sorty, przydziały, czasem nagrody i perspektywa przejścia na emeryturę już po 15 latach pracy. Dlatego do każdego wakującego etatu ustawia się kolejka chętnych, ale tylko nieliczni mają szczęście. Czy rzeczywiście tylko szczęście?

Jak przejąć ten stołek

Coraz częściej tworzą się w terenowych jednostkach policji klany rodzinne albo towarzyskie układy wzajemnego zasysania. Żona komendanta dostaje posadę w księgowości komendy, siostrzeniec trafia do komisariatu na etat policjanta, a kolejny pociotek do innego komisariatu w regionie, nad którym komendant ma władzę. To prawdziwy przykład z pewnego województwa i nie ma znaczenia, kogo konkretnie dotyczy, bo podobne mechanizmy obowiązują w całym kraju.

Praca w policji jest tak pożądana, że – to już tajemnica poliszynela – w niektórych województwach obowiązują nieformalne stawki za załatwienie etatu – od 5 tys. do 20 tys. zł. Im więcej pośredników, tym suma większa. O łapówkach coraz głośniej mówią szeregowi policjanci, bo to głównie oni muszą płacić, ale jakoś nikt z kadry dowódczej tej instytucji powołanej do ścigania przestępstw nie chce szukać łapowników we własnych szeregach. Ten skorumpowany system łamie kryteria profesjonalnego naboru

Po każdej zmianie ekipy rządowej zmieniają się komendanci główni policji, a potem jak po sznurku komendanci wojewódzcy, powiatowi, miejscy. Dysponenci polityczni oczekują swoistej wdzięczności. Dobrym jej wyrazem jest zatrudnienie w policji wskazanej osoby. Albo zwolnienie niewskazanej. W Krakowie nie tak dawno było głośno o żonie pewnego urzędnika magistratu (związanego z AWS), która bez żadnych kwalifikacji została przyjęta na etat policjantki. Takie przykłady nepotyzmu i klikowości frustrują tzw. policyjne doły. Już od dawna nastroje wśród funkcjonariuszy są podłe.

Ostatnim negatywnym przykładem systemu zależności w policyjnych strukturach była sprawa odwołania komendanta wojewódzkiego w Gorzowie Wielkopolskim Stanisława Bukowskiego. Kiedy policjanci z Gorzowa dowiedzieli się, że wiceministrem spraw wewnętrznych nadzorującym policję w miejsce Zbigniewa Sobotki został Andrzej Brachmański, przyjmowano zakłady, jak długo Bukowski utrzyma się na swoim stołku. I nic do rzeczy nie miał jego profesjonalizm – uważany był za dobrego i skutecznego szefa. Wiedziano natomiast, że Brachmański, poseł SLD z Zielonej Góry, ma na stołek komendanta w Gorzowie swojego kandydata.

ZOMO najlepiej pierze

Ten sam wiceminister Brachmański, komentując w radiu wydarzenia w Łodzi, skrytykował rozwiązanie na początku lat 90. „zwartych oddziałów” policji. Uważa bowiem, że tamta formacja znacznie lepiej radziła sobie z uśmierzaniem ulicznych zamieszek niż dzisiejsze oddziały prewencji. Zwartymi oddziałami nazywano ZOMO (Zmechanizowane Odwody Milicji Obywatelskiej), służące w PRL do rozbijania demonstracji ulicznych, a w stanie wojennym pacyfikujące strajkujące kopalnie. Ci, którzy z nostalgią wspominają ZOMO, twierdzą, że ta formacja używała praktyczniejszych niż dzisiejsze metody rozpędzania tłumu. Nie potrzebowała broni strzelającej (poza stanem wojennym, kiedy z ręki ZOMO zginęło m.in. 9 górników kopalni Wujek), ale długich pałek, armatek wodnych i gazów łzawiących. W ZOMO służyło w jednym rzucie ponad 20 tys. milicjantów. Skoszarowani w jednostkach w pobliżu wielkich miast zawsze byli pod ręką.

Edward Misztal, dzisiaj właściciel agencji ochroniarskiej, a kiedyś założyciel oddziału antyterrorystycznego przy ZOMO, mówi, że do tej służby ludzi wyławiano z poborowych do wojska. Kryteria były proste: powyżej 185 cm wzrostu i minimum 90 kg wagi (dzisiaj wystarczy 175 cm wzrostu, a waga nie ma znaczenia). – Taki chłop jak dąb nie dawał się przewrócić, był twardy jak stal – wspomina. Krążyło powiedzonko: „Ani Ixi, ani OMO nie wypierze tak jak ZOMO”. – Te chłopaki przechodziły twardą szkołę – wspomina Misztal. – Szkolenia i ćwiczenia aż do bólu. Treningi w warunkach zbliżonych do bojowych, nocami i przy każdej pogodzie. Czy policjanci z dzisiejszej prewencji ćwiczą w jadących pociągach, w windach? Czy wiedzą, jak się zachować, kiedy dochodzi do walki wręcz?
 

Przy ZOMO działały kompanie w cywilnych ubraniach. Ich zadaniem było wchodzenie w środek tłumu i wyławianie prowodyrów zajść. – To było skuteczne – uważa Edward Misztal. – Łapali z jednej ruchawki kilkudziesięciu ludzi, a dzisiaj jak schwytają trzech, to już są szczęśliwi. Próbują trzymać tłum na dystans, nie ma bezpośredniego kontaktu między oddziałem a grupami zadymiarzy. Myślę, że to wynika ze zwykłego ludzkiego strachu. Im są gorzej wyszkoleni, im gorzej dowodzeni, tym strach jest większy.

Dowódców nie badają

Brak bezpośredniego kontaktu nie wynika jednak ze strachu. To obowiązująca od kilku lat doktryna. Według mł. inspektora Jerzego Czwarny z Biura Prewencji KGP, używanie pałek do rozpędzania tłumu to metoda z dawnych czasów. – Dochodzi wówczas do kontaktu fizycznego – mówi – a to zawsze jest niebezpieczne dla obu stron.

Jerzy Czwarno powołuje się na doświadczenia policji z krajów Europy Zachodniej.

– Korzystamy z ich procedur i wzorów – stwierdza. Być może faktycznie europejskie policje używają w starciach z tłumami tzw. broni gładkolufowej, ale prawdopodobnie potrafią czynić to lepiej niż ich polscy koledzy, bo tam policjanci mają znacznie więcej treningów strzeleckich. W Polsce w tym roku siły prewencji mają zaplanowane zaledwie trzy ćwiczebne strzelania, podczas których wystrzelą zaledwie 6 gumowych kul. Tu bez wątpienia leży przyczyna fatalnego braku celności chłopców z prewencji. Do dzisiaj procesuje się z policją fotoreporter „Nowego Dziennika”, który w 1999 r. podczas manifestacji robotników Łucznika w Warszawie stracił oko, bo policjant strzelił do niego z odległości ok. ośmiu metrów.

Jerzy Czwarno: – Procedury są jasne. Minimalna odległość strzału dla broni niepenetrującej wynosi 20 metrów. Aby móc użyć takiej broni, a nawet miotaczy wody czy środków chemicznych, wymagana jest zgoda komendanta wojewódzkiego bądź głównego albo osoby pisemnie przez nich upoważnionej.

Ale, o czym świadczy przykład fotoreportera, procedury są łamane. Policjantom, kiedy stoją naprzeciw tłumu, puszczają nerwy. Strzelają z bliska, bo najzwyczajniej w świecie wpadają w panikę.

Psycholog Małgorzata Chmielewska z KGP, szefowa pionu psychologicznego w policji (103 specjalistów na etacie), uważa, że kandydaci do pracy przechodzą surowe sito badań. – Sprawdza się ich predyspozycje, co jest szczególnie ważne przy skierowaniach do pionu prewencji. Po pierwszej selekcji następuje drugi etap, badanie kliniczne, tam wyłapywane są wszelkie zaburzenia. Bada się odporność na stres, umiejętność podporządkowania się dyscyplinie, zdolność do samokontroli i samokrytyki, a także zdolności intelektualne. Po takiej selekcji odpada połowa kandydatów.

Ale te procedury nie dotyczą kadry dowódczej, bo, jak przyznaje pani Chmielewska, oficerowie nie muszą przechodzić takich testów. Niektórzy komendanci wojewódzcy na własną rękę załatwiają z psychologami, aby jednak badali dowódców poszczególnych drużyn, plutonów i kompanii (na takie jednostki dzielą się oddziały prewencji), szczególnie pod kątem umiejętności szybkiego podejmowania właściwych decyzji.

 

Dokąd można się wychylić

Polscy policjanci z prewencji – co w kontekście ostatnich wydarzeń może dziwić – na świecie cieszą się dobrą marką. Od 1999 r. pod auspicjami ONZ pełnią służbę w Kosowie (115 funkcjonariuszy). Wcześniej byli używani do misji na terenie Chorwacji, Bośni, Albanii i Tadżykistanu. Wszędzie chwalono ich za profesjonalizm. Można więc powiedzieć, że pion prewencji jest dobrym towarem eksportowym w polskiej ofercie. Ale trzeba wiedzieć, że za granicę wysyłani są najlepsi z najlepszych. Zanim wyjadą, przechodzą długie szkolenia, gdzie m.in. uczą się specyfiki krajów, do których są kierowani. Ta staranność edukacyjna przynosi efekty.

Być może nakłady ponoszone na przygotowania dla policjantów eksportowych do tego stopnia uszczuplają policyjny budżet, że nie starcza już na właściwe wyszkolenie tych, którzy pełnią służbę krajową. Aspirant Wojciech Jama z Komendy Miejskiej Policji w Krakowie od kilku lat toczy walkę o prokuratorskie rozliczenie sprawy niezgodnego z procedurą użycia broni przez jego przełożonych. Uważa, że najpierw doszło do karygodnego błędu, a następnie do przestępstwa. Błąd polegał na tym, że pewien komisarz, przyjmujący broń od policjanta kończącego służbę, oddał tzw. strzał kontrolny zamiast do specjalnego rękawa, w podłogę. Okazało się, że w komorze był nabój i broń wypaliła. Tylko szczęśliwy przypadek sprawił, że rykoszet nikogo nie zabił. Sprawę próbowano wyciszyć. Naczelniczka wydziału sfałszowała wpis w książce broni. Nie odnotowała incydentu, a brakujący nabój uzupełniła z posiadanych na lewo zapasów. – Obawiam się, że to powszechna praktyka – mówi aspirant Jama. – Naboje łatwo skombinować na przykład podczas ćwiczeń strzeleckich. Potem służą do uzupełniania takich braków. Chociaż przełożeni doskonale wiedzieli o całej sprawie, nikt nie poniósł konsekwencji, a pani naczelnik spokojnie odeszła na zasłużoną emeryturę. Poza Wojciechem Jamą, który do dzisiaj jest szykanowany jako ten, który własne gniazdo kala.

Dyrekcja Biura Prewencji KGP zapewnia, że funkcjonariusze ćwiczą wystarczająco, aby nie popełniać błędów nie tylko z bronią, ale i podczas walki z tłumem. Trudno w to jednak uwierzyć obserwując wyczyny policjantów w Łodzi czy wcześniej podczas zadymy na białostockim meczu Jagiellonia–Legia Warszawa, gdzie nieprzemyślana interwencja policji doprowadziła do potężnych zamieszek. – Podczas meczu trzeba wiedzieć, kiedy jest za wcześnie na interwencję, a kiedy będzie za późno – mówi Edward Misztal, którego agencja wraz z inną o nazwie Matpol zabezpiecza porządek na stadionie stołecznej Legii. W tym sezonie, odpukać, kibice Legii, znani wcześniej z licznych ekscesów, zachowują się wzorowo. – My po prosty mamy ustalone zasady – tłumaczy Misztal. – Kibic wie, dokąd może się wychylić, a moi ludzie też znają granice swoich zachowań. Mamy kontakt na bieżąco z wodzem warszawskich kibiców Bosmanem. Agresywnych bojówek na ulicach coraz więcej. Dorastają nowe roczniki chętne popróbowania sił w starciu z policją. Kibice, dresiarze, skini, patriotyczni narodowcy, obrońcy wiary i moralnego zdrowia rzucają rękawicę państwu prawa. Z drugiej strony zaś zaczyna powiewać biała flaga. Władze Warszawy już zastanawiają się, czy dopuścić w czerwcu do podobnej demonstracji (Parada Równości), jaka odbyła się niedawno w Krakowie. Boją się ataku agresorów, a w policyjną prewencję najwyraźniej nie wierzą. Można ustępować, ale to droga donikąd. Pozostaje nadzieja, że policja weźmie się w garść i zacznie bronić wolności obywatelskich, niekoniecznie do obywateli strzelając. Policji potrzeba twardości, ale profesjonalnej.