Rozmowa z policjantami, którzy strzelali na łódzkich juwenaliach

 

Pierwszy zdążyłem załadować, ale wydał mi się ciężki. Biorę drugi do ręki, patrzę, a tam w środku zamiast gumy metalowy walec

"Gazeta": To miała być zwykła, sobotnia służba w mieście.

Adam: Zaczęliśmy o 18, byliśmy w rezerwie przy ochronie meczu Widzewa z Górnikiem. Ale nie interweniowaliśmy, było spokojnie. Później podzielono nas i po prostu patrolowaliśmy ulice, o 1.20 mieliśmy zjechać do bazy.

Po północy usłyszałem jednak przez radio, że przegrupowują moich ludzi w rejon osiedla studenckiego. Zaczęły się tam jakieś ruchy chuliganów, są podobno bójki. Wiedzieliśmy, czego się można spodziewać podczas interwencji, dzień wcześniej też było tam gorąco.

Awanturowali się szalikowcy?

Adam: Nie, kobieta rozpoznała wśród imprezowiczów gwałciciela. Weszliśmy na osiedle w 25, aby wyciągnąć go. A tłum nas zaatakował, dostaliśmy kilka razy butelkami i kamieniami. Wycofaliśmy się z zatrzymanym, nie chcieliśmy prowokować awantury.

Dlatego od razu skontaktowałem się z oficerem dyżurnym. Mówię, że jeśli wejdziemy na osiedle studenckie, to będziemy musieli liczyć się z atakiem. I że może być konieczność użycia środków przymusu - w tym broni gładkolufowej. Wsiadłem do auta i pojechałem w umówione miejsce, gdzie zjeżdżali się moi ludzie. Miałem cztery radiowozy, po dziewięć osób. Sugestia dyżurnego była taka: przejechać wzdłuż osiedla, żeby chuligani widzieli, że jest policja. Wolny przejazd w kolumnie z włączonymi "bulajami", czyli sygnalizacją świetlną. Przy okazji mamy ocenić sytuację.

Z ulicy? Przecież stamtąd niewiele widać, sceny zasłaniają akademiki.

Adam: Prosiłem dyżurnego o rozpoznanie od wywiadowców, którzy po cywilnemu weszliby w tłum studentów. Informacji nie dostaliśmy. Jedziemy, patrzę, jest ruch. Ale nie wiadomo, czy się biją, czy tańczą jakieś pogo. Zawróciliśmy i jedziemy w drugą stronę, powolutku. Nagle z osiedla studenckiego biegnie grupa młodych ludzi, wśród nich dziewczyna. Prawdopodobnie to byli organizatorzy juwenaliów. Błagają o pomoc, krzyczą, że właśnie wpadła grupa bandytów z bejsbolami. I że leją wszystkich jak leci. Pytam, ilu ich? Padają różne liczby: pięćdziesiąt, sto, dwieście osób. Łączę się z dyżurnym, proszę jeszcze raz o informacje od wywiadowców, bo nie mogę dalej czekać, trzeba działać już, natychmiast. Danych od wywiadowców nie ma. To zostawiamy samochody kilka ulic dalej, pododdział w dwójki i wchodzimy. Założenie jest takie: gdy chuligani zobaczą policję, zostawią studentów i skupią się na nas. Bici dostaną szansę ucieczki, będzie czas na wyniesienie rannych, jeśli tacy są.

Założenie było dobre?

Adam: Nawet bardzo. Natychmiast poleciały na nas kamienie, butelki. Przeszliśmy w podwójną tyralierę, tarcze do przodu. Chwilę później szły już kawałki chodnika, ławek, pręty zbrojeniowe, nawet telewizor. Serio, ktoś starym telewizorem w nas rzucił.

Jarek: Osobiście odciągałem kawały betonu połączone zbrojeniem. We trzech tym w nas rzucili, bo jeden by nie podniósł.

Adam: Najbardziej agresywnych było około stu osób.

Szalikowcy Widzewa?

Jarek: Padały okrzyki: "Widzew", ale krzyczeli też: "ŁKS". Część z nich miała szaliki na twarzach, żeby ich nie można było rozpoznać. Plus klasyczny strój: dres, bluza z kapturem.

Andrzej: Obok nich kilkaset osób obserwujących zamieszanie. I z tego tłumu od czasu do czasu coś na nas leciało. Kiedy przesuwaliśmy się do przodu, by zepchnąć napastników, zaraz dostawaliśmy od tyłu, z tłumu.

Adam: Szliśmy kilka metrów, znów nas przydepnęli, cofnęliśmy się. Trzymaliśmy ciężar agresji na sobie. Nie mogliśmy uderzyć, było nas za mało, mieliśmy odsłonięte plecy.

Ile mieliście strzelb?

Adam: Trzy. I po 50 sztuk amunicji gumowej na lufę. Dwie strzelby skierowałem na lewą stronę, skąd nas atakowali, jedna została na środku. Wydałem polecenie oddania dwóch salw ostrzegawczych, w powietrze.

Poskutkowało?

Adam: Jak płachta na byka. Ruszyli na nas ze wszystkim, co mieli koło siebie. Więc wydałem rozkaz: kierunek napastnicy, ognia! Poszło kilka salw, odskoczyli. Przerwałem ogień, czekaliśmy, co dalej. Oni zaczęli się przegrupowywać, zbierać na tyłach tłumu gruz i kamienie. Później przewrócili wielki parasol z ogródka piwnego i szli na nas za nim jak za tarczą.

Michał: Inni za kontenerem na śmieci jechali na nas. Udało nam się przejąć ten parasol i te pojemniki na śmieci. To inni przynieśli drzwi wyrwane pewnie gdzieś z akademika. I zza tych drzwi nas atakowali.

Adam: I trwała tak ta wojna, trwała, w sumie z kilkadziesiąt minut.

Z jednej strony wy, z drugiej chuligani, obok setki gapiów. Normalni ludzie w takiej sytuacji uciekają. A oni stali.

Adam: Kto chciał, mógł pięć razy spokojnie wyjść między tyralierą a budynkami. Ale oni mieli darmowe widowisko.

Jarek: Kino mieli. Popijali piwo, patrzyli jak na film. Tylko im popcornu brakowało.

Adam: W pewnym momencie dobiegam do grupy gapiów i krzyczę: odejdźcie, możecie zostać ranni, nie widzicie, co się dzieje?! A oni do mnie krótko: wyp... Śmiechy, obelgi.

Jarek: Idzie para pod rękę, prawie na linii strzału. Przesuwam ich ręką w bok, krzyczę: spieprzać! A chłopak oburzony wielce, że tak nieładnie mówię i go dotykam. O numer służbowy pytał.

Albo ten obrazek, który sami widzieliśmy: wy stoicie szpalerem, z tarczami, z naprzeciwka lecą kamienie, z góry - z okien akademika - butelki. A między Wami i napastnikami siedzą pod parasolami ludzie, obserwują, piją piwo. Kilkunastu mężczyzn, kilka kobiet.

Michał: Wygoniliśmy ich w końcu stamtąd. Ja tam poszedłem. Każę im przejść pod mur akademika, a oni mi zza kurtek wyciągają kamizelki ochroniarskie. Bo jak się zaczęła rozróba, to oni kamizelki zdjęli, żeby wpie... nie dostać.

Piotr: Tacy ochroniarze - zamiast pilnować porządku, to lepiej piwko wypić, laski pobajerować.

Michał: No właśnie, a te butelki z okien? Awanturę wywołali chuligani, szalikowcy, ale później dołączyła się część pijanych studentów. I też nie ma co tego ukrywać. Gdyby część tłumu nie była do nas nastawiona agresywnie, dalibyśmy sobie radę nawet własnymi siłami.

Albo ten wzorowy student z samorządu, o którego tyle zamieszania. Mówią, że wzorowy, idealny wręcz, a my go bezprawnie zatrzymaliśmy. Tylko że chłopaki go zdjęli, bo z kilku metrów rzucał w nas butelkami i kamieniami.

Adam: Cały czas prosiłem o posiłki.

Jarek: Przyjechały tylko dwa radiowozy pogotowia policyjnego [funkcjonariusze patrolujący miasto, reagujący na sygnały z tel. 997 - red.]. Oni mieli dwie strzelby, ale nie mieli kasków, sprzętu ochronnego, nie mogli tak jak my uczestniczyć w walce. Poszli na lewe skrzydło, nasi osłaniali ich tarczami, oni strzelali. Kaski dostali od naszych kierowców.

Adam: Kończy się amunicja. Żądam przez radio od dyżurnego dostarczenia amunicji gumowej z mojego magazynu. Natychmiast. Żądam też wsparcia oddziału prewencji, uruchomienia plutonu alarmowego - 25 policjantów. Mówię, że taki pododdział jest w naszej bazie. Wystarczy poderwać chłopców z łóżek, sprzęt i amunicja są na miejscu. Matko, jak ja bym ich wtedy dostał! Za kolejne czterdzieści minut mógłbym mieć kolejne dwa ściągnięte z domów plutony. Dalibyśmy sobie bez problemu radę.

Ale posiłków z prewencji nie było.

Adam: Pytam dyżurnego, kiedy mogę mieć amunicję. Dyżurny mówi: 30-40 minut. Ja na to: chłopie, za pół godziny to oni mnie w proch zetrą! Zamiast mojego oddziału alarmowego, zamiast mojej amunicji, przysłali mi znowu kilka radiowozów z miasta. Dostałem - z przeproszeniem - w ch... karabinów i "strzelców wyborowych" z patrolówki. Bez sprzętu do rozpraszania tłumu, bez kamizelek ochronnych. Tylko strzelby mieli. Jakoś próbowałem sobie nimi radzić, żeby do czegoś się przydali, chociaż, żeby boki nam zabezpieczyli. Żeby napastnicy nas nie próbowali skrzydłami obejść.

Andrzej: Ja wtedy już stałem na środku i nic nie robiłem, bo nie miałem amunicji.

Jarek: Stałem obok, też już nie strzelałem. Miałem ze trzy, cztery sztuki gumowej amunicji w magazynku. To była końcówka. W pewnym momencie podchodzi do mnie z tyłu policjant, prawdopodobnie z patrolówki i pyta: - Masz amunicję? - Nie mam - mówię. - To masz - i daje mi do ręki pięć sztuk. Ręka natychmiast poszła mi w dół od ciężaru. Różnica między gumą a ołowiem jest jak między jajkiem a wydmuszką. Kątem oka widzę, że Andrzej ogląda uważnie pocisk, który dostał od tego funkcjonariusza.

Andrzej: Też dostałem pięć. Pierwszy zdążyłem załadować, ale wydał mi się ciężki. Biorę drugi do ręki, patrzę, a tam w środku zamiast gumy metalowy walec.

Jarek: Czytam oznaczenia: k..., to breneka!!! [typ ostrego naboju - red.]. Trzeci kolega się odwrócił. - Sierżancie - mówi. - To jest ostra! Krzyczę: - K..., brenekę nam dali! I do dowódcy, żeby przerwać ogień.

Andrzej: Po chwili już wszyscy się rozpaczliwie darliśmy: przerwać ogień. Ale z boków ci z patrolówki nadal strzelali.

Adam: Może nie słyszeli. Mogli nie słyszeć.

Dlaczego oni nie zauważyli, że to ostra? Że pociski są za ciężkie na gumę?

Andrzej: Przez nasze ręce przeszło wcześniej 50 gumowych, lekkich pocisków, mieliśmy czucie w rękach. Oni weszli z marszu.

Jarek: Gdyby mi dali do ręki cztery gumowe i jeden ostry, to nie wiem, czybym zauważył różnicę. Ale przy pięciu ostrych była ogromna. Przyczyn może być wiele. Może np. strzelali w ciężkich rękawiczkach? Niektórzy strzelają w rękawicach. My nie, bo niewygodnie i czucia w rękach nie ma. Po pierwszym strzale z ostrej każdy się musiał zorientować. Odrzut broni jest nieporównywalny.

Co zrobiliście z ostrą amunicją?

Jarek: Odnieśliśmy breneki tym z pogotowia policji.

Co im powiedzieliście?

Andrzej: Nie byliśmy grzeczni. Ostro było.

Zaraz donieśli Wam normalne pociski. Nie baliście się strzelać?

Jarek: Ładując, sprawdzałem sztukę po sztuce - czy na pewno guma. Chociaż wiedziałem, że te pociski przyniósł i sprawdził już nasz policjant, do którego mogłem mieć zaufanie.

Kiedy dowiedzieliście się o ofiarach?

Jarek: Przybiegli jacyś mężczyźni. Mówili, że jest ranna dziewczyna z rozbitą głową. I żebyśmy po nią poszli. Ale ona leżała w centrum tej grupy, która w nas rzucała, i to było niemożliwe. Powiedziałem dowódcy, żeby wezwał karetkę. Pomoc zaraz przyjechała. Tamci mężczyźni zaoferowali się, że tę dziewczynę przyniosą z tej grupy. I przynieśli ją na ławce w stronę karetki.

Adam: Pojawiają się kolejne informacje o rannych, ludzie proszą o pomoc. Pytają mnie przez radio, ile karetek ma przyjechać. Ja na to mówię: nie wiem, tu jest regularna wojna, niech przyjedzie, ile może! Karetka podjechała najbliżej, jak mogła. Były później pretensje, że nie stanęli bliżej. Nie mogli, bo tu wciąż była walka.

Nie przypuszczaliśmy, że ci ranni to był efekt postrzału. Nawet jak przynieśli chłopaka z raną brzucha - pomyślałem - pewnie poszły w ruch noże. Cały czas był kocioł, niedługo po karetkach przyjechały wreszcie porządne posiłki - nasza czwarta kompania. Wreszcie mieliśmy kim iść do przodu. Mogliśmy też pomóc w stołówce, gdzie część bandytów biła pracowników. Skończyło się koło piątej rano.

Czy nie można było uniknąć tragedii? Dlaczego nie mieliście armatki wodnej, gazu?

Adam: Bo nie było w planie ochrony juwenaliów.

Jarek: Ochrona to był jeden radiowóz z jedynki [I komisariat - red.] i dwa wywiadowczej [cywilni funkcjonariusze, na których raport bezskutecznie czekał Adam - red.].

Adam: My byliśmy na zwykłej służbie. Nieprzygotowani na walkę. Inaczej bym wziął miotacze gazowe, załadował całą skrzynkę amunicji. Załoga armatki byłaby w pogotowiu. Zresztą, sam gaz by wystarczył. A armatka przyjechała już po wszystkim. Jeszcze jedno - złamano procedury. Ta amunicja powinna trafić do mnie, dowódcy akcji. I ja miałem ją sprawdzić i rozdzielić.

Michał, Piotr - ile macie stażu?

Michał: Osiem miesięcy.

Adam (z przekąsem): Mają tyle stażu co budyń ważności. Ale sprawili się bez zarzutu.

Która to Wasza akcja?

Michał: Poważna? Z interwencją? Druga. Wcześniej Widzew - Legia, ale to była bułka z masłem w porównaniu z juwenaliami.

Piotr: Na stadionie jest szybko, pięć minut starcia i po sprawie. Chuligani są zepchnięci, zgnieceni, nie mają gdzie uciekać.

A tu trzy godziny stoicie, a oni w Was rzucają kamieniami? Co wtedy czuliście?

Michał: Bezsilność.

Piotr: Ja złość. Weszliśmy, żeby pomóc studentom, a oni nas atakowali.

Nie korciło Was, żeby rzucić tarczę, pogonić napastników?

Piotr: Było nas za mało.

Przed następną imprezą będziecie się bali?

Michał: Bali? Nie. Pewnie się będziemy czuć trochę dziwnie, ale musimy się przełamać.

Adam: Obawiam się reakcji ludzi. Jak nas będą oceniali? Muszą wiedzieć, że nie przyjeżdżamy ich bić, zamykać, tylko pilnować porządku. Chronić ich, a nie zabijać. Żeby nas traktowali jak policjantów.

Michał: Wczoraj koledzy weszli na moment do McDonalda w mundurach. Posypały się obelgi: mordercy! bandyci!

Ile Wam zostało służby?

Michał: Cztery miesiące.

Odchodzicie czy zostajecie w policji?

Michał: Zostaję.

Piotr: Zostaję.

Coś na koniec?

Jarek: Może ja. Współczuję tym chłopakom, którzy zrobili błąd, strzelili z ostrej. Nie wiem, którzy to. Ale ci, co strzelili, wiedzą, że to oni. Chcieli dobrze, a teraz muszą z tym żyć.

 

Adam - dowodził akcją. Nadkomisarz, 20 lat służby (m.in. jednostka antyterrorystyczna, wykładowca w ośrodku szkolenia policji). Zastępca dowódcy kompanii łódzkich oddziałów prewencji. Jarek - strzelał ze strzelby gładkolufowej typu mossberg. Starszy sierżant, osiem lat służby. Andrzej - również strzelał z mossberga. Starszy sierżant, dziewięć lat służby. Michał i Piotr - stali z tarczami. Służba kandydacka (przyszli do policji zamiast do wojska)

(Imiona policjantów zostały zmienione na ich prośbę)

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak, współpraca Przemysław Witkowski z Radia Łódź