"Zomoza"
Ewa Winnicka

Na oddziałach prewencji skupia się agresja tłumu; opluwanie mają wliczone w pensję

Dwadzieścia dwa policyjne oddziały prewencji. Nawet w samej policji nazywają ich: mięso armatnie, pałkersi, zomoza. Umieszczono ich w najgorszej grupie płac i na dnie w hierarchii zawodowej. Drgnęło niedawno.

 

Zmechanizowane Odwody Milicji Obywatelskiej cieszyły się w PRL jak najgorszą opinią i kojarzyły z najgłębszym totalitaryzmem.

Więc w 1990 r. na ich miejsce w nowej Polsce powstały Oddziały Prewencji.

Zmieniła się ich rola: ochraniają masowe zgromadzenia, obsługują wizyty VIP-ów. Powinni pilnować prawa, nie mogą być stroną w konflikcie. Mają neutralizować, a nie atakować. Od zwykłych jednostek różnią się tym, że potrafią działać w zwartych szykach.

Na prewencji ciąży odium zomowskiej niesławy, wciąż choruje ona na zomozę: do niedawna nawet mundur polowy policjanta był podobny do zomowskiego, ludziom trudno przyzwyczaić się, że prewencja to przyjaciel, nie ma poszanowania ze strony kolegów z innych służb.

Ale policyjna góra uznała w końcu, że działanie w tłumie demonstrantów to sztuka, a sprawny dowódca pododdziału to prawdziwy artysta.

Dowódca, kiedy musi już siłą przywrócić publiczny porządek, bierze odpowiedzialność za swoich ludzi, za ludzi zza barykady, za skutki ich działania, za sprzęt, którego używa. Jeśli któryś z jego ludzi popełni błąd, będzie on odebrany jako błąd całej policji.

Oddziały prewencji zlokalizowane są w dużych miastach, ich liczbę szacuje się na 6 tys. funkcjonariuszy.

Przypadek radosny: Warszawa, 24 września 1999 r.

W tłumie wybuchło 10 petard, ale na rolniczo-robotnicze głowy nie spadła jedna kropla wody wystrzelonej z armatki.

Szefowie stołecznej prewencji szykowali się jak na wojnę, ale nie świsnęła żadna gumowa kula typu rój, bąk ani chrabąszcz.

Górnicy nawiązywali sympatyczny dialog z policją („Chodźcie z nami”), rolnicy wykazywali zrozumienie dla niedawnych przeciwników zza barykady („Współczujemy wam, policjanci, bo żaden radiowóz zniszczony w Bartoszycach nie był ubezpieczony”). Kilka tysięcy policjantów mogło spokojnie przysypiać w samochodach utkanych w centralnych uliczkach. Zdaniem specjalistów z KG ostatnia demonstracja się udała, bo organizatorzy pokazali klasę i nie chciało im się wszczynać burd. Zazwyczaj nastawieni są na rozróby, bo rozróba łatwiej pójdzie w eter, media pożywią się brutalnością policji.

W czerwcu 1999 r., kiedy do Warszawy przyjechali rozsierdzeni pracownicy Łucznika, doszło do regularnej bitwy pod budynkiem MON. Po stronie policji 50 rannych, po stronie demonstrantów – 4. Statystyki ofiar zakłóceń porządku publicznego są podobne w całej Polsce: policja 96 razy przybywała na rolnicze blokady. Rannych zostało 300 osób. Prawie wyłącznie policjanci.

– Proszę nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków – zastrzega Krzysztof Kosiński z Centralnego Sztabu Policji KG. – Gdyby polecenia przełożonych były skierowane bezpośrednio na rozproszenie tłumu, nie byłoby na nas siły. Policja ma środki chemiczne i wodne. Tłum rozproszyłby się bez bezpośredniego starcia i to bez strat wśród policjantów.

Pan władza siwieje

Marian Lipka, emerytowany pułkownik milicji, założyciel Akademii Spraw Wewnętrznych, autor wspomnieniowej książki o milicji „Zwierzenia niezwykłego policjanta”, uważa, że od początku konfliktów społecznych, od 1956 r., poprzez wydarzenia marcowe i grudniowe, prewencja była zarazem sprawcą i ofiarą. Tak było i będzie. Jest to nieodłączne ryzyko tego zawodu, znane z wiktymologii – uważa profesor.

Emerytowany oficer ZOMO z Trójmiasta usiłuje wyjaśnić: – To nieprawda, że komunistyczna prewencja to byli sadyści bez serca. We wszystkich wypadkach występowałem jako zbrojna siła mojego państwa. Funkcjonariusze milicji i policji zawszę będą mieli określone przepisami obowiązki i uprawnienia. Oficer zaprzecza, jakoby jego oddziały charakteryzowały się bezwzględnością i brakiem odczuć ludzkich. Cytuje książkę prof. Mariana Lipki: „Przed głośnym zebraniem w sali Olivii w Gdańskiu umieszczono dwóch ludzi pod estradą. Wyposażeni w miniaturowe urządzenia nagrywające mieli rejestrować wypowiedzi.(…) Czym groziło ich »odkrycie« i co przeżywali w trakcie tego burzliwego spotkania można się tylko domyślać. Jeden z nich posiwiał ze strachu”.

Akcja i reakcja

Piotr B. jest w stołecznej prewencji prawie 4 lata, ma za sobą tegoroczny, czerwcowy Łucznik i wrześniowy protest rolników. Zza plastikowej tarczy Piotr obserwuje, jak zmienia się mentalność ludzi. – Demonstranci są coraz bardziej agresywni. Nauczyli się, że na barykadzie mogą czuć się bezkarni. Policjanci słyszą: masz być maszyną do wykonywania rozkazów. Ale nawet pałker jest tylko człowiekiem. – Jeśli na ulicy krzyczą, że jesteś gestapo i morderca, to tracisz poczucie sensu swojej pracy – uważa Robert, roczny staż w Oddziałach Prewencji. Pociesza się: – Ludzie potrzebują czasu, żeby się znów do policji przyzwyczaić.

Statystyki potwierdzają: w zeszłym roku żaden uczestnik manifestacji, który dopuścił się czynnej napaści na policjanta, nie poniósł odpowiedzialności karnej w normalnym trybie. W tym roku (3000 nielegalnych barykad!) zapadł tylko jeden prawomocny wyrok skazujący oskarżonego na grzywnę w wysokości 800 zł za znieważenie i naruszenie nietykalności policjanta. Odpowiedzialny za nadzór nad policją wiceminister spraw wewnętrznych mówił w lipcu dziennikarzowi „GW”: „Przyzwyczailiśmy policjantów, że są ofiarami – jakby to było wpisane w charakter ich służby. Tymczasem w USA panuje zasada akcji i reakcji. Gdy życie policjanta jest zagrożone, ma on przede wszystkim myśleć o własnym bezpieczeństwie. W Ameryce uważa się, że nawet postrzelona osoba posiadająca broń nadal stanowi zagrożenie i jeśli policjant uzna, że bandyta może nadal oddać strzał, ma prawo strzelać”.

Na wojnie z policją

Ale dla Piotra najbardziej traumatyczne przeżycie to demonstracja pod Pałacem Namiestnikowskim trzy lata temu. Starsze kobiety, które krzyczą do niego „morderco” i „gestapo”. – Pamiętają, jak w stanie wojennym ZOMO rozpędzało manifestacje. Tylko że ja wtedy zdawałem do szkoły średniej. Nie potrafię zrozumieć ich głupoty i pogardy dla nas. Wciąż nie można się przyzwyczaić, że ktoś, kto normalnie oczekiwałby pomocy, ratunku z mojej strony, wyzywa mnie od najgorszych albo rzuca we mnie kamienie.

Krzysztof Kosiński z Komendy Głównej: – To na policjantach prewencji skupia się agresja tłumu. Oni wiedzą, że opluwanie i poniżenie mają wliczone w pensję.

Piotr: – Już wolę kiboli.

Według Kazimierza Kornata, dowódcy prewencji gdańskiej policji, dostała ona od społeczeństwa glejt do przywracania porządku na stadionach.

Kibole nie wysuwają żądań, za to zawsze gotowi są na wojnę z oddziałem prewencji. Policjanci są wrogiem numer jeden. Na stadionach rozbrzmiewają pieśni o tym, jak polscy szalikowcy leją policję całej Europy, ciosy policyjnej pałki nobilitują w towarzystwie.

Zdaniem Andrzeja Samsona, psychologa społecznego, w październiku 1997 r. na stadionie Arki Gdynia dopełniła się samospełniająca przepowiednia. – Policja przejmuje metody tych, z którymi walczy – mówił wtedy dziennikarzom. – Policjanci przed meczem słyszą, że będzie na nich czekał wrogi tłum i że będzie gorąco. Potem dostają pałki i hełmy. Oni wiedzą, że kibice ich nienawidzą. Myślą więc tak: zanim mi powiesz, że mnie nie lubisz, ja ci przyleję.

Przypadek haniebny: Gdynia, 27 października 1997

Stadion trzecioligowej Arki Gdynia, mecz z Lechią Gdańsk. Kibice przeskakują przez ogrodzenie, zaczyna się bitwa. Policjanci ostrzeliwują kibiców gumowymi kulami. Miesiąc później do TVN trafia godzinna policyjna kaseta z zarejestrowanym dla celów szkoleniowych meczem. Scena pierwsza. Policjanci na dworcu czekają na kibiców. Policjanci podbiegają do pociągu, walą pałkami w okna, krzyczą: Raus, kurwy, sznela! Kibice wychodzą, policjanci szarpią każdego, co drugi dostaje pałką, słychać szczekanie psów.

Scena druga: policja pałuje kibiców w barze Pod Wiatą.

Scena trzecia: policjanci biją 15-letniego chłopca, zdejmują z głowy czapkę, śmieją się, pozują do kamery.

Przeciwko 18 policjantom wszczęto postępowanie dyscyplinarne, pięciu zawieszono.

Maria Kaźmierczak, zastępca naczelnika wydziału prewencji KW w Gdańsku, prowadziła postępowania wobec zawieszonych i zwolnionych ze służby policjantów. – Popełnili ewidentne błędy, ale mieli żal, że telewizja pokazała tylko wybrane fragmenty z całej kasety, nie pokazała całej, potwornej agresji kibiców. Oni nie wytrzymali napięcia, coś w nich pękło, popełnili błędy.

W Komendzie Głównej niechętnie komentuje się tamte wydarzenia.

Według dyrektora Grzegorza Filipowiaka z Centralnego Sztabu Prewencji, już na początku służby można by wyeliminować policjantów, którzy są nieodporni na stres. Ale na razie nie ma środków na program, który zbadałby predyspozycje psychologiczne kandydatów.

Średnie, ale bez matury

W stołecznym Oddziale Prewencji pracują policjanci zawodowi oraz chłopcy, którzy odbywają zastępczą służbę wojskową. Komenda Stołeczna tworzy system testów dla chętnych do pracy. One określą predyspozycje rekruta do odpowiedniego pionu. Ale to właśnie w stołecznej prewencji jest najwięcej wakatów. Ci, którzy zgłaszają się do policji, są po półrocznym szkoleniu podstawowym od razu przeznaczeni do OP. W Warszawie jest najwięcej pracy, najwięcej wydarzeń. Oddział powinien być co najmniej dwa razy większy. Litoriusz Kobielak, kadrowy z Komendy Wojewódzkiej w Gdańsku, odrzuca po rozmowie kwalifikacyjnej 60 ze 100 kandydatów na policjantów: – Kandydat do prewencji to nie może być ktoś o charakterze Jamesa Bonda ani ten, kto chorobliwie pragnie władzy. Najlepiej, żeby był już po wojsku. Wtedy odpada nadmierna fascynacja bronią, pozostaje przyzwyczajenie do dyscypliny i rozkazów.

Maria Kaźmierczak z KW w Gdańsku jest jednak sceptyczna. – Jeśli pani by spojrzała na świadectwa dojrzałości naszych kandydatów, przeraziłaby się pani. Same tróje i mierne. Wykształcenie średnie, ale bez matury. Więc ci kandydaci nie mają innej możliwości, tylko policja. – Czy wyobraża sobie pani, że ktoś chciałby pracować w ciągłym stresie, kilka lat, za 600 zł miesięcznie? – mówi.

A Kazimierz Kornat jest zalany podaniami o zapomogi od swoich ludzi. Możliwości ma ograniczone.

Żeby hełmy nie pękały

Kornat uważa, że profesjonalizm w jego zawodzie polega też na tym, że się człowiek nie zastanawia nad głębszym znaczeniem własnej roboty. Nie analizuje skuteczności sądów i prokuratur, nie analizuje postaw, tylko wykonuje rozkazy. Osobiście Kornat całym sercem popiera rolnicze protesty, ale ponieważ są one nielegalne – musi je rozpraszać.

Jedyne, co denerwuje podinspektora Kazimierza Kornata, to muzealne hełmy, które posiadają jego podwładni.

Podinspektor proponuje: – Proszę założyć stary kask. Wystarczy mały deszcz albo – co gorsza – śmierdząca substancja, a natychmiast woda zaleje pani oczy. Żeby zasłonić twarz osłoną, trzeba rękami kręcić pokrętłem przy uchu. Kto w akcji ma na to czas? Do niedawna tarcze były nieprzezroczyste, grafitowe. Więc policjant nic przez taką tarczę nie mógł zobaczyć.

Przypadek dramatyczny: Bartoszyce, 19 sierpnia 1999 r.

Samoobrona ustawia osiem blokad w województwie warmińskim. Jedna tarasuje międzynarodową drogę w Bartoszycach. Blokada przypomina piknik: całymi rodzinami schodzą się mieszkańcy miasta. Pojawia się 200 policjantów z prewencji. Nakłaniają mieszkańców i rolników do zejścia z drogi. Bez skutku. Po 5 godzinach zjawia się jeszcze 100 policjantów. To policja próbuje negocjować, choć powinien to robić ktoś z samorządu. Ale nikogo nie ma. Nie ma zgody co do tego, kto rozpoczął szarpaninę. Policja używa pocisków gazowych i gumowych kul. Mieszkańcy Bartoszyc rzucają cegły, kamienie, kawałki płyt chodnikowych. Zadyma do nocy. 83 policjantów zostaje rannych. Dwadzieścia radiowozów nadaje się do kasacji. Ale według specjalistów podczas bartoszyckiej akcji dochodzi do bardziej niepokojącego zdarzenia. Podczas wycofywania oddziałów policji dwóch policjantów zostaje wciągniętych w tłum. Dochodzi do próby linczu. Policjanci nie mają wyjścia. To wtedy pada rozkaz użycia broni.

Policjant w agresywnym tłumie nie jest w stanie usłyszeć komendy dowódcy, bo ma zakryte uszy. Na świecie policjanci mają nowoczesne kaski ze słuchawkami i głośnikami. Do KG nadeszła właśnie próbna partia takich urządzeń.

– Jeśli któryś policjant zostaje w tłumie, to znaczy, że w jego kompanii źle się dzieje, że się podzieliła na obozy i już nie jest sprawnym organizmem – uważa psycholog Andrzej Michałowicz z Komendy Stołecznej Policji. – Zazwyczaj brak koleżeństwa w kompanii owocuje brakiem koordynacji w akcji. Wypadki wynikają z koleżeńskiego niezgrania.

Służba psychologiczna nadeszła do policji z armii i jednostek antyterrorystycznych. Póki co raczkuje. Zbieranie negatywnych sygnałów należy więc do dowódców. Młody psycholog policyjny z południa polski narzeka. – Przez kilka lat pętałem się po garnizonie. Gdzie chciałem coś doradzić. Dowódcy mnie zbywali: Terapia. Jeszcze pan im nawkłada jakiś głupot. Najlepsza terapia to szczotka i wiadro. Inna nie jest potrzebna.

Przypadek optymistyczny raz jeszcze

Kiedy Paryż spodziewa się 30 tys. demonstrantów, Gwardia Narodowa ściąga posiłki z całego kraju. W Gwardii pracują policjanci na dorobku. Jeśli centrala ich potrzebuje – zgoda, ale niech płaci. Za wyżywienie, za zakwaterowanie i za nadgodziny. Gwardzista odłoży więc na interwencjach nawet drugą pensję.

Policjanci, którzy na 24 września musieli zdążyć do Warszawy, jechali setki kilometrów. Warunki zakwaterowania w koszarach są tragiczne.

Zamiast dodatkowych pieniędzy – suchy prowiant: kanapka, sok, pomidor. Dobrze, że mogli się zdrzemnąć w samochodzie.

Coś jednak drgnęło. Komenda Główna zapewnia, że już prawie wszyscy policjanci z prewencji dostaną kaski, które nie pękną pod wpływem uderzenia płytą chodnikową.